poniedziałek, 21 sierpnia 2017

"Pierre René Professional" – GIANT REVIEW

Dzień dobry Wszystkim!
Przysłowiowe pięć minut dla sekcji modowej na moim blogu dobiegło końca. Odświeżając atmosferę „serwuję” wpis stricte kosmetyczny. Ostatnio jestem daleka od monotematyczności – nie macie się, jednak czego obawiać – jestem przeświadczona, iż to chwilowy stan. Zaś drobna odskocznia nie powinna nikomu z nas zaszkodzić.

My, kobiety, pomimo faktu ciągłego, a zarazem przesadnego skupiania się na niedociągnięciach naszej urody, potrafimy zauważyć także jej atuty. Żadna z nas nie powinna się tego wstydzić! Głoszone od lat: ideały nie istnieją jest rzeczywiste – ale czy przy okazji równoznaczne z nieszczęściem? Moim zdaniem nie! To właśnie indywidualność każdej jednostki poruszającej się po świecie i jej inność, czynią z nas jedynych w swoim rodzaju i pięknych. Nietypowe cechy wyglądu, które mogą przysparzać nam zmartwień, są naszą zaletą, dzięki której wyróżniamy się pośród innych i zwracamy na siebie uwagę. Warto o tym pamiętać, żyć w zgodzie z samym sobą i lubić się takimi jakimi jesteśmy! :)  
By było to nieco bardziej przystępne, niż się wydaje, wystarczy przedsięwziąć jeden krok. Otóż, jeśli tylko mamy ochotę – pozwólmy sobie na niewielkie wariactwo w postaci podkreślenia naszych walorów, a korygowania defektów. Na myśli mam oczywiście makijaż. Bagatelna czynność, a jednak dodająca każdej kobiecie pewności siebie. 

Naturalnie, nie bez powodu postanowiłam podzielić się z Wami moimi powyższymi przemyśleniami dotyczącymi urody. Tematem dzisiejszego tekstu jest recenzja znanych kosmetyków polskiej marki – a skoro tak, to warto nadmienić o kwestii nierozerwalnie z tym związanej ;)


EMPIRE OF MAKE UP, to jedno z haseł wykorzystywanych przez „Pierre René Professional”.
Rodzimą firmę z ponad 20 letnim stażem na rynku. 

W mojej opinii, wyróżniającą się przede wszystkim: 
  • kompletną linią kosmetyczną; 
  • prostym designem produktów; 
  • nieprzekombinowanymi składami – bezpiecznymi dla większość cer;

Musicie też wiedzieć, iż „Pierre René Professional” to marka względem, której żywię pewien sentyment w zamian za ich kultowy podkład „Skin Balance” – będący moim ulubieńcem podczas zeszłego sezonu jesienno-zimowego, a chwilami nawet i letniego. 


Jak wiecie, TAK jestem wygadana! Starałam się, jednak by recenzja nie należała do tych ciągnących się w nieskończoność – a przy ogromie informacji, jakie chciałam Wam przekazać, nie było to łatwe.

Tym razem postanowiłam roztropnie podejść do tematu i skrócić moje wywody do minimum, a skupić się na: prostym, rzeczowym i pilnym przekazie – mam nadzieję, że ułatwi Wam to zdobycie informacji dotyczących rzeczywiście interesujących Was kosmetyków. Przyjemnej lektury!


Pierre René, Bouncy Fluid Foundtion” – od producenta: podkład matujący o lekkiej, elastycznej konsystencji, która bardzo łatwo się rozprowadza i perfekcyjnie stapia ze skórą nadając jej świeży i naturalny wygląd.

Najnowsza propozycja fluidu zaskoczyła mnie swoją formułą – bardzo lekką, wilgotną i ciągnącą się. Moim zdaniem najbliżej jej do musu, który na przekór zasadzie, wyróżnia się swoją delikatną konsystencją.

MOJA OPINIA: Jego aplikacja wymaga pewnej wprawy, ponieważ kosmetyk nie od razu wtapia się w skórę. Co więcej, cienką, pojedynczą warstwą nie jesteśmy w stanie osiągnąć nic innego, aniżeli bardzo subtelne wyrównanie kolorytu cery – co za tym idzie, wymaga on nakładania „na raty”. Efekt jaki daje na mojej skórze jest bardzo naturalny, faktura skóry zdaje się być gładsza i emanuje zdrowym blaskiem. By produkt stał się matowy konieczne jest jego utrwalenie, które przy okazji pozytywnie wpłynie na jego dalsze utrzymywanie się w ciągu dnia. W przypadku cery mieszanej, przetłuszczającej się, podkład ładnie prezentuje się przez około 5 godzin. A zdecydowaną wadą jest oksydacja w kierunku różowych tonów (odcień, który posiadam: 02, Beige).
PODSUMOWANIE: Muszę przyznać, iż „Bouncy Fluid Foundtion” zupełnie mnie do siebie nie przekonał! Nakładając go czuję, jak marnotrawi się mój czas. A nosząc, boję o to, jak wygląda na mojej twarzy. Darując sobie wspominanie o jego okropnym, „przeistaczającym się” odcieniu!
Uważam, że nie jest to produkt matujący, a najbardziej zadowolone powinny być z niego posiadaczki bezproblemowych cer suchych.
MOJA OCENA: 2/5

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Pierre René, Fixing Loose Powder” – od producenta: korygujący puder bambusowo-bananowy,  służący do maskowania zaczerwienień oraz wyrównywania kolorytu skóry.

Na pierwszy rzut oka mogący wywołać nieco zniechęcającą reakcję poprzez swój kolor, który w opakowaniu wydaje być się dosyć ciemny. Nie zasługujący, jednak na to, by oceniać go „po okładce” – pozory potrafią zmylić! ;)

MOJA OPINIA: Drobno zmielony, aksamitny i bezzapachowy. Dodatkowo posiadający żółtawe zabarwienie, które perfekcyjnie ujednolica oraz kryje zaczerwienienia naszej cery. Po jego zastosowaniu nie występuje uczucie ściągnięcia, ani też nie stwarza się niepożądany efekt płaskiej, nazbyt zmatowionej twarzy. Trwałość i utrzymywanie się, dzięki zawartości ekstraktu z bambusa, cieszy przez długie godziny – utrwalając makijaż i powstrzymując „świecenie się” skóry.
PODSUMOWANIE: Puder jest doskonałą propozycją dla każdego, ponieważ spełnia wszelkie wymogi, jakim powinien sprostać tego typu kosmetyk.
W szczególności rekomenduje go posiadaczkom przetłuszczającego się typu skóry – to najlepsza drogeryjna opcja, z którą miałam okazję się zetknąć. Konkurencja zostaje w tyle!
MOJA OCENA: 5/5

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Pierre René, Beauty Sponge” – od producenta: TUTAJ-KLIK.

MOJA OPINIA: Nie ma nad czym się rozpisywać, użytkowanie gąbeczki od „Pierre René” jest czystą przyjemnością. Zaś poświadczeniem tych słów, może być to, iż na rzecz tego produktu już dawno nie sięgałam po pędzle do nakładania podkładu. Dokładna, szybka i równomierna aplikacja to główne synonimy dla tego kosmetycznego akcesorium, które pod względem swojej miękkości nie pozostawia żadnych wątpliwości.
PODSUMOWANIE: Bez dwóch zdań, Beauty Sponge” to nowe odkrycie w mojej kosmetyczce. Kiedyś nie wierzyłam, że oryginalny „Beauty Blender” ma sobie równych – okazało się jednak, że identyczną jakość i przyjemność użytkowania da się zdobyć także za niższą cenę.
MOJA OCENA: 5/5


„Pierre René, Brow Liner” – od producenta: TUTAJ-KLIK.

Odkąd pamiętam, kredki do brwi to kosmetyk, którego za wszelką cenę unikałam. Nie umiem wytłumaczyć Wam dlaczego, ale nie lubię się z tymi produktami – na ich miejsce wolę cienie lub płynne produkty do brwi, jak chociażby: żele koloryzujące, czy pomady. Kiedy zobaczyłam ową, przeszedł mnie dreszcz, a myśli krążyły wokół jednej: „co z tego będzie…”.
UWAGA! Muszę również napomnieć, że nie byłam w stanie stuprocentowo przetestować tego kosmetyku, ponieważ otrzymałam nietrafiony odcień – ciut za jasny i zdecydowanie zbyt ciepły.

MOJA OPINIA: W pierwszej kolejności chciałabym pochwalić optymalną twardość kredki. Przekłada się ona na prostotę użytkowania i różnorodne rezultaty, które możemy osiągnąć przy pomocy „Pierre René, Brow Liner”. Fajny jest także fakt obecności szczoteczki, na jednym z końców. Rozczarowuje jednakże: rysik kredki, zdecydowanie zbyt „tęgi” i konsystencja, zbyt sucha. Moim zdaniem, jeśli łuki brwiowe są rzadkie i cienkie, można zapomnieć o ich estetycznym podkreśleniu.  
PODSUMOWANIE: Nie ma wątpliwości co do tego, że kredka nie skradła mojego serca. Nadal będę „wrogo” nastawiona względem tej „kosmetycznej rodziny”. Mimo wszystko, osoby lubiące tego typu produkty i posiadające gęste brwi o pełnym kształcie – mogą być z niej zadowolone.
MOJA OCENA: 3/5

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Pierre René, Cover Gloss” – od producenta: TUTAJ-KLIK.

MOJA OPINIA: Luksusowo prezentujące się opakowanie sprawia, że natychmiastowo spodziewam się po danym kosmetyku nienaganności. Błyszczyk „Pierre René” nie tylko znakomicie się prezentuje, ale także ponadprzeciętnie się spisuje. Nie brak mu ani blasku, ani koloru – producent zasługuje na szczególne wyróżnienie w zamian za tę formułę. To kosmetyk, który przypomina mi te wysoko-półkowe – daleki jest od tandetnego, rozlewającego się prezentowania na ustach. Eksponuje się poprzez satynowe lśnienie i maksimum barwy. Jakby tego było mało – na ustach pozostaje prawie do końca dnia.
PODSUMOWANIE: WOW! Odnalazłam błyszczyk idealny! Trwały, nieposiadający brokatowych drobinek i nieszczególnie lepki.
Jestem pewna, że to kosmetyk dający radość użytkowania nie tylko wielbicielkom uwodzicielskiego blasku, ale także tym, które do tej pory nie do końca były względem niego przekonane. Najkrócej pisząc: błyszczyk w przystępnej cenie, dobry jakościowo – tylko „Pierre René, Cover Gloss” :)
MOJA OCENA: 5/5


PS. I widzicie? Obiecałam krótko, a jak zawsze mi NIE wyszło :D
Dziękuję tym, którzy wytrwali i zdobyli wiedzę, po którą się tutaj skierowali! 
Dziękuję również marce za możliwość bliższego zapoznania się z tak ciekawymi kosmetykami!

Przy okazji, co sądzicie o marce „Pierre René Professional”? 
Mieliście styczność, z którymś z recenzowanych przeze mnie produktów? 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

TINY CONTRAST | TOWN #OOTD

Od jakiegoś czasu, moja wizja letniej stylizacji, nie kończy się na myśli tylko i wyłącznie o obszernej koszulce i denimowych szortach. Mimo, że nie mam zbytniej ochoty na zakładanie wymyślnych ubiorów, nie chcę też sięgać do szafy z myślą, iż przyodzieje się w to co zawsze. Wybieram różnorodne rzeczy i łączę je na skutek impulsu – czy ma to konsekwencje pozytywne, czy też nie, musicie ocenić Wy! :)
Warto również zwrócić uwagę, że do tej pory rzadko widywaliście mnie w spódniczkach. Zmieniło się to wraz ze wzrastającą sympatią między mną, a sukienkami. Gdy za oknami dostrzegam rozlewające się na miejskie ulice słońce, zaś termometr wskazuje niesłychane wartości - nie chcę, by dana stylizacja mnie przytłaczała. Ba! Moim celem jest jej zminimalizowanie. Właśnie wtedy z pomocą przychodzą spódnice i sukienki – moje „święte grale” tegorocznego sezonu letniego. 


bluzka - Reserved
sweterek - CROPP
spódnica - MOHITO
torebka - PARFOIS
buty - Deichmann

Kochani, przekazuję Wam dużo pozytywnej energii!
Wakacje już u schyłku – nie pozwólcie, aby marnowały się w takim momencie. Działajcie! :D 

niedziela, 6 sierpnia 2017

"AMBRA" | PERFUME REVIEW

Witajcie Kochani! 
Kiedy w maju po raz pierwszy opublikowałam na stylstynce treści dotyczące perfumiarskiej sekcji (poprzedni post znajdziecie TUTAJ), byłam bardzo ciekawa jak na nie zareagujecie. Prędko daliście mi do zrozumienia, iż jesteście pozytywnie nastawieni względem takiej tematyki. Co za tym idzie, seria PERFUME REVIEW na stałe zagości na mojej stornie. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy! Od pewnego czasu zapachy interesują mnie w równym stopniu, co moda i uroda – wierzę więc, że wspólnie możemy rozwijać się względem tego tematu! :) 

Bohaterami dzisiejszego wpisu zostaną buteleczki pochodzące z Centrum Perfum Lanych „AMBRA” (laneperfumy.pl).
To polska marka oferująca wysokiej jakości francuskie perfumy lane, będące zarazem odpowiednikami markowych. Jak twierdzi o sobie sam producent: „największy taki sklep w sieci”.


Na samym początku, nim przejdę do recenzowania, muszę się z Wami podzielić kilkoma istotnymi spostrzeżeniami – których powinniście mieć świadomość:
  • Jestem osobą, która do tej pory stroniła od wszelkich zapachowych odpowiedników. Moja filozofia była bardzo prosta, wolałam zaczekać trochę dłużej, ale móc sobie pozwolić na zakup oryginalnych wyrobów. Nie sądzę, by moja postawa była przejawem czystej próżności – postępowałam tak, ponieważ mam szacunek do twórców oraz ich własności intelektualnych.
  • Najważniejszą cechą pachnideł, niezależnie od ich pochodzenia, jest dla mnie ich trwałość oraz projekcja. Od zawsze wydawało mi się, że decydując się na zakup „anonimowych” (nie sygnowanych żadnym znanym logo) aromatów – nie mam co liczyć na przyjemne zaskoczenie. 

-> Dlaczego więc zdecydowałam się wypróbować produktów „AMBRA”
Zgodnie z powiedzeniem „nie oceniaj dnia przed zachodem słońca”, doszłam do wniosku, że bezprawne byłoby osądzanie poprzez założenia. Zdecydowałam się przełamać. Podjąć to wyzwanie i przetestować takie perfumy. Dodatkowo, kilku moich Czytelników zaintrygowało mnie oświadczeniami o stosowaniu tylko i wyłącznie takich produktów, propagowaniu ich – a skoro Wy polecacie, to czemu nie mam Wam wierzyć? :D  


Mój wybór padł na eua de parfum o numerze 046 (kupicie TUTAJ-LINK) oraz 322 (kupicie TU-LINK). Odpowiednio to interpretacje: „PACO RABANNE, Olympéa” i „VIKTOR&ROLF, Flowerbomb”a więc znane mi wody perfumowane. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

046 („PACO RABANNE, Olympéa”) – orientalno-kwiatowe.
Bardzo słodkie i czarujące! Kojarzące się z delikatnością oraz wrodzoną elegancją. Po spryskaniu się niewielką ilością, w inną rzeczywistość, porywa nas dwuznacznie wyczuwalny jaśmin. Następnie przez długi czas pachniemy nutami serca – wanilią z solą. To zdecydowanie woń, która podoba mi się najbardziej! Nie daje zapomnieć o swojej obecności na skórze i przyciąga uwagę innych osób, przebywających w pobliżu nas. W tym miejscu, perfumy przestają się rozwijać, zaskakują jednak bardzo przyzwoitą trwałością. Wiernie towarzyszą przez większość dnia.

To zapach jedynie ciutę odbiegający od oryginału, zasługujący na specjalną pochwałę w zamian za długotrwałość oraz esencjonalność. To te dwie cechy w znacznym stopniu zbliżają go do pierwowzoru od „PACO RABANNE”. Bez wątpienia, posiada on wystarczający potencjał, żeby podbić serca wielu przedstawicielek płci pięknej. Spodobał mi się – poprawia nastrój i dodaje gracji!
Perfumy 046 poleciłabym Wam niezależnie od pory i okazji. Warto, jednak mieć na uwadze, iż dla niektórych mogą być one męczące – kilka osób z mojego otoczenia uznało je za lekko duszące.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

322 („VIKTOR&ROLF, Flowerbomb”) – orientalno-kwiatowe.
Pełen cukierkowości, niełatwy w określeniu! Mnie kojarzy się z dynamicznością i energią. Zaraz po aplikacji zaskakuje ostrą i bliżej niezdefiniowaną nutą, która wręcz odpycha. Całe szczęście po chwili pojawiają się już właściwe akordy w postaci orzeźwiającego i pobudzającego bukietu kwiatów. Z biegiem czasu zapach perfum kieruje się ku słodszej, ale zarazem ostrej, nieco drażniącej stronie – według opisu to: jaśmin, orchidea i frezja. To osobliwa mieszanka, którą nie tyle wyczuwa sama nosicielka, co osoby znajdujące się wkoło niej.

Zapach w moim odczuciu nie do końca pokrywa się z oryginalną wersją – pod tym względem wypada gorzej od poprzednika. Nie da się podważyć, jest udany i polubiliśmy się – ale nie są to te same aromaty, ani też uderzająca trwałość, jaką cieszy butelka od „VIKTOR&ROLF”. Niemniej, będzie to zadowalający i bardzo uniwersalny zapach, przywołujący na myśl wiosenne rozkwity przyrody.
Propozycja 322 jest świetną alternatywą słodkich perfum na letni sezon. Dzięki występowaniu świeżych woni oraz stosunkowo prędkiemu wietrzeniu, sprawdzą się w obecności słonecznej pogody. 


Na koniec kilka pytań i odpowiedzi, które będą dla Was podsumowaniem moich odczuć związanych z owym testem.

1) Czy perfumy „AMBRA” były dla mnie optymistycznym zaskoczeniem oraz czy przekonują mnie one do tzw.odpowiedników?
Tak. Butelki, które otrzymałam od firmy „AMBRA” wpłynęły afirmatywnie na moje stanowisko względem odlewanych zapachów. Nie można zaliczyć ich do grupy miernych, pseudoperfum na bazie samego spirytusu – nieblisko im do bazarowej jakości. Jeśli decydować się na „substytut” czegoś markowego, to tylko wysokiej jakości, takiej jaką proponuje nam Centrum „AMBRA”

2) Jak bardzo zapachy z Centrum Perfum Lanych różnią się od oryginałów? 
Na własnej skórze próbowałam jedynie dwóch zapachów spośród bardzo szerokiej gamy jaką dysponuje producent. Trudno więc wyrokować i ocenić, jak bardzo odstają one od oryginałów. Mogę stwierdzić jedno – mieszanki zapachowe są atrakcyjne i nie powinny sprawić zawodu. 

3) Czego jeszcze warto mieć świadomość?
Głównym zamierzeniem moich recenzji jest podzielenie się z Wami w 100% prawdziwą opinią – aby ta spełniała ten wymóg, trzeba wspomnieć jeszcze jedno! Oba zapachy w czasie noszenia zostały skomplementowane. To zaś najlepiej o nich świadczy. Wydaje mi się, że nie ma lepszego wyznacznika od opinii osób trzecich ;)  


Jak podobał Wam się wpis?
Korzystacie z perfumeryjnych zamienników? Jeśli tak, jakich firm? 

Udanego popołudnia moi Drodzy! :) 

środa, 2 sierpnia 2017

RAGGED GREY COLORS

Większość z nas ceni sobie swobodę ruchów i z premedytacją wybieramy części garderoby, które spełniają to jedno, najbardziej istotne, kryterium. Z czym zaś kojarzy nam się ten komfort? W mojej opinii –  ze sportowym stylem! Modową konwencją, która w ostatnim okresie przybrała zupełnie inną formę. Aktualnie nie należy kojarzyć jej jedynie z odzieżą przeznaczoną do ćwiczeń tężyzny fizycznej – zyskała ona bowiem o wiele szerszego znaczenia. Teraz, nosimy się w tym stylu na co dzień i może być to nawet kobiece! 
Moja dzisiejsza propozycja jest zobrazowaniem młodzieżowego sporty outfit'u. Na pierwszy plan wysuwa się spokojna kolorystyka oraz niewymyślność całości. Poszarpane szorty o wyblakłej barwie  szarości (LINK), body z wycięciem na plecach i pakowany, niezobowiązujący worek, są elementami składającymi się na temperament – innymi słowy, istotę danej propozycji. Zobaczcie zresztą sami!

zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

body - Esilla
szorty - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
worek - VANS
naszyjnik - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
okulary przeciwsłoneczne - Ray Ban
buty - DeeZee.pl

sobota, 29 lipca 2017

ROMANCE


Wakacje – moje wakacje od internetu oraz komputera zakończone! Lubię nowe doświadczenia, wyzwania i próby własnej woli, a przerwa od wirtualnej rzeczywistości była tego idealną konkretyzacją. Nie mogę jednak napisać, iż cały mój „urlop” był kierowany moją własną wolą. Traf sprawił, że z góry założone ustalenia uległy zmianie. Taka rotacja zupełnie nie była mi „na rękę” - zrozumiałam za to, że nie na wszystko mam wpływ i czasami warto odpuścić sobie złość na los. Bezsensowne i nic niewnoszące emocje. Uważam, iż każde zdarzenie wnosi coś do naszej egzystencji i właśnie tym klarownym (i jakże banalnym) przekazem chciałabym się z Wami podzielić. Być może Ameryki nie odkryłam, ale uwierzcie, iż drobne wskazówki służą zawsze i wszędzie :)

...a teraz odpuszczam sobie filozofowanie i zapraszam do zapoznania się z materiałem, który na dziś przygotowałam!

Spódnica (LINK), którą prezentuje, w tempie natychmiastowym została przeze mnie uznana za jedną z najpiękniejszych, w kategorii kiedykolwiek przeze mnie noszonych. Uwiodła mnie ona swoim szykownym krojem, nienachalnym printem oraz ponadczasową długością - taką, która jest przychylna wobec wszystkich figur i proporcji. Wszystkie te elementy pobudziły mojego wewnętrznego perfekcjonistę i wymusiły stworzenie look’u nienagannego. Takiego, który bez chwili zastanowienia potrafiłam sobie wyobrazić! Miał on charakteryzować się romantyzmem. Z tego też względu, asymetryczna bluzka z falbanką, posłużyła mi jako spokojne dopełnienie całokształtu. Zaś niecodzienny kompleks pałacowo-parkowy w Ostromecku za urodziwe tło. Proszę oceńcie, jak w Waszych oczach wypada dzisiejsza opcja ubioru!

zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

bluzka - MOHITO
spódnica - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
buty - New Look

Czy w Waszej opinii moja stylizacja zgodnie z założeniem ma romantyczny charakter? 
Jak Wam się podoba?

Podzielcie się ze mną własnym zdaniem! Czekam na komentarze :) Enjoy!

piątek, 14 lipca 2017

FRIDAY'S STYLING | #OOTD

Witajcie moi Drodzy!
Stało się! Nadszedł wyczekiwany przez mnie dzień, kiedy to wszystkie czynniki przychylnie sprzymierzyły się względem mnie i… publikuję nowy post. Wiecie co? W sekrecie mogę Wam zdradzić, że w taki przyjemny sposób mogłabym rozpoczynać każdy weekend :D
Szczerze mówiąc nie byłam pewna jaką odsłoną stylizacji się z Wami podzielę. Głównym czynnikiem warunkującym tę kwestię była pogoda, której przez ostatnie dni bliżej było do jesieni, niżeli lata. Moją niewielką ambicją było przedstawienie luźnego i niezobowiązującego stroju dnia, który perfekcyjnie wpisuje się w obecną aurę. Misja – spełniona! ;) Swobodny, miejski #ootd skonstruowany. Jak Wam się podoba? 

zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

bluzka - ZARA
spodnie - Tally Weijl
torebka - PARFOIS
buty - DeeZee.pl

środa, 5 lipca 2017

BABY BLUE SHIRT WITH FLOUNCE

Bohaterką dzisiejszej stylizacji jest bluzka a'la hiszpanka, w której zakochałam się po pierwszej przymiarce! Materiał z jakiego została wykonana jest lekki i przewiewny za sprawą bawełnianej mieszanki w składzie, co rzutuje na komfort jej noszenia. Nie, to jednak jest dla mnie najważniejsze! Oczarowała mnie ona przede wszystkim swoją nietuzinkową prezentacją oraz połączeniem dwóch wiodących trendów. Większość z Was na pewno domyśla się, że chodzi mi o ozdobne falbany oraz wycięcia na ramionach. To te dwa elementy powodują, iż z pozoru codzienne ubranie nie jest nudne. 
Aby stworzyć zestaw zgodny z moimi upodobaniami postanowiłam, że całość musi być stonowaną bazą. Pozwoliło mi na to na wydobycie pełni ozdobności góry stroju, a także wyeksponowanie ramion. I tak oto ubrana mogę wybrać się na wakacyjne spotkanie :)

zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

bluzka - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
spodnie - Bershka
torebka - CCC
buty - DeeZee.pl

niedziela, 2 lipca 2017

NEW IN #6 | COSMETICS AND JEWELRY

Cześć Wam!
Od ostatniego wpisu z serii „NEW IN” minął już ponad rok. Nie da się ukryć, że niechcący udało mi się konkretnie zaniedbać tę kwestię. Każdy błąd da się jednak naprawić! Zwracając zaś uwagę na fakt, iż na przełomie ostatnich kilku tygodni (a może nawet i miesięcy!) udało mi się zgromadzić garść intrygujących i wartych polecenia rzeczy – chciałabym zachęcić Was do lektury wpisu o moich „świeżych” kosmetykach oraz biżuterii. Kto ciekaw? ;) 

Mam nadzieję, że taka tematyka będzie dla Was idealna na zwieńczenie pierwszego, lipcowego weekendu! 
Miłego czytania! 


W piątej części postu z sekcji „NEW IN” (znajdziecie go TUTAJ), skupiłam się między innymi na etymologii, a dokładniej znaczeniu słowa kolekcjoner. Naturalnie, nie było to przypadkowe działanie z mojej strony – wykorzystałam taką formę, gdyż chciałam Wam się przyznać do jednej z moich największych słabości. Wielkiej miłości do gromadzenia pędzli w swojej kosmetyczce :D 
Po dłuższej przerwie od zakupów tych kosmetycznych akcesoriów, pozwoliłam sobie na drobny wyjątek, dzięki któremu stałam się szczęśliwą posiadaczką trio od „Real Techniques”. Ten z Was, kto uważnie mnie śledzi – wie, że jest to moja ulubiona marka. Co za tym idzie, kiedy tylko dowiedziałam się o istnieniu zestawu „Sculpting Set”… chciałam go mieć! 

ZESTAW PĘDZLI -> DOSTĘPNY TUTAJ-KLIK!

Włosie tych pędzli jest w mojej opinii idealnie wyprofilowane. Sprawia, że konturowanie twarzy staje się przyjemnością, z którą mam ochotę bawić się bez końca! Kolejnym atutem są ekskluzywnie prezentujące się metaliczne skuwki w odcieniu różu, a także samowystarczalność kompletu. 
Bez zastanowienia mogę stwierdzić, iż był to zakup, którego żałować nie mogę.


Liczne promocje pojawiające się w stacjonarnych drogeriach, pokusiły mnie o zakup podkładu, korektora oraz pudru – a więc podstawy każdego kobiecego makijażu. Mimo, że posiadam swoich sprawdzonych ulubieńców w tej kategorii, żądza przerosła zdrowy rozsądek! 
Aby krótko przedstawić Wam moje wrażenia związane z użytkowaniem tych produktów, przygotowałam niedługie recenzje na temat każdego z nich.

ZAKUPÓW DOKONAŁAM W STACJONARNEJ DROGERII "Rossmann" oraz "INGLOT".

  • „Maybelline, FIT me – Matte&Poreless”bardzo płynny fluid o naturalnym wykończeniu, nadający efekt soft focus. Skradł moje serce swoją matującą formułą, która przy okazji wyrównuje fakturę skóry. Osobiście uwielbiam używać go do zdjęć, ponieważ zachowuje się jak konkurencyjne kosmetyki wysokiej jakości.  
  • „INGLOT, Korektor pod oczy”niesamowicie lekki i nieobciążający delikatnej skóry, korektor o średnim stopniu krycia i matowym wykończeniu. Sprawdzi się jako codzienny kamuflaż zmęczenia wokół powiek lub rozjaśnienia strategicznych partii twarzy. W mojej opinii jego największym atutem jest obecność żółtego pigmentu, który działa neutralizująco w połączeniu z przebarwieniami cery
  • „WIBO, Banana Loose Powder”najkrócej ujmując: bezkonkurencyjny puder. Pozwala skorygować odcień skóry i nadaje jej zdrowego blasku. Moim zdaniem doskonale posłuży jako puder do: utrwalania korektora pod oczyma, konturowania twarzy jasnym odcieniem, czy też zastosowania tzw. metody „bakingu”. Co ważne, jest to produkt bardzo wydajny. 


Kolejne moje nabytki, to kolejna moja predylekcja :) Otóż w mojej makijażowej kolekcji, prócz nieprzyzwoitej liczby pędzli znajdziecie również sporo płynnych, matowych pomadek. Świat już jakiś czas temu oszalał na ich punkcie – ja zaś nie mogę się temu sprzeciwiać, bo ten trend trafia do mnie w całości! Zresztą nic nie nadaje takiego charakteru naszemu wizażowi, jak właśnie odpowiednio dobrany kolor na ustach. Sądzę, że większość z Was się ze mną zgodzi, prawda? 

Pomadkoholiczki, a może wielbicielki matowych ust, łączmy się! :D

W dzisiejszym wpisie mam przyjemność zaprezentować Wam „dzieci” dwóch amerykańskich marek – „Dose Of Colors” oraz „LASplash”. Obie firmy produkują w pełni matowe, trwałe, wodoodporne i wysoce napigmentowane pomadki. Warto także wspomnieć, iż ich wyroby nie są testowane na zwierzętach, a „Dose Of Colors” jest dystrybutorem 100% wegańskich kosmetyków.

SZMINKI -> DOSTĘPNE TU-KLIK!

  • „Dose Of Colors, Matte Liquid Lipstick”jedyne w swoim rodzaju szminki, które gwarantują estetyczny efekt trzymający się cały dzień. Charakteryzują się przede wszystkim zastygającą, ale przyjemną i nie wysuszającą ust formułą. A wśród konkurencji wyróżnia je to, iż absolutnie się nie transferują w czasie noszenia. Szczerze mówiąc, w przyszłości mam zamiar powiększać ich kolekcję! 
  • „LASplash, VelvetMATTE”trwałe i zastygające, jednak nie na cały dzień. Po jedzeniu zaczynają znikać z konturu ust, poczynając od ich wewnętrznej strony. Dodatkowo, osobiście czuję je na swoich wargach i niejednokrotnie potrafią się one odcisnąć (np. na szklance). Nie zostaną one moimi ulubionymi produktami do ust, ale wybaczam im to ze względu na świetną kolorystykę. 


Pewien czas temu przechodziłam ciężki okres #BadLashesDay. Wydawało mi się, że moim rzęsom nie jest w stanie pomóc nic. Patrzyłam w lusterko i dostrzegałam krótkie, rzadkie i cienkie włoski. Nakłoniło mnie to do przetestowania kilku tuszy do rzęs. Nim zapoznacie się z moją opinią na ich temat, chciałabym Wam przekazać, iż aktualnie akceptuje moje rzęsy i „żyje z nimi w zgodzie” – jedynie czasem zdarza się nam dzień z rzędu #BadMascaraDay ;)

ZAKUPÓW DOKONAŁAM STACJONARNIE W DROGERIACH: "Rossmann" i "Douglas".

  • „Max Factor, 2000 Calorie”z tym kosmetykiem łączy mnie szczególna więź, ponieważ był to pierwszy drogeryjny tusz, po który sięgnęłam kilka lat temu, zaczynając przygodę z makijażem. Cieszę się, że kupiłam go raz jeszcze. To mój HIT! Z żadną inną mascarą nie lubię się tak, jak z tą. Posiada ona gęstą szczoteczkę z tradycyjnymi włoskami, która już przy pierwszym pociągnięciu w zadowalającym stopniu wydłuża, rozdziela i pogrubia rzęsy. Ja nie oczekuję niczego więcej i jedna warstwa tego tuszu w pełni mnie satysfakcjonuje! :)
  • „COLLISTAR, Mascara Infinito”bardzo słynny i ceniony kosmetyk włoskiego producenta. Dla wielu bestseller, jeśli chodzi o tusze do rzęs. Moim zdaniem nieprzeciętny. Efekt jaki możemy nim uzyskać jest onieśmielający, ale jego największą wadą jest drobna silikonowa szczoteczka, nabierająca zbyt dużą ilość bardzo szybko zastygającego tuszu. Praca z tym kosmetykiem nie jest łatwa – wymaga wypracowania odpowiedniego sposobu użytkowania, co za tym idzie jest uciążliwa. Jednego dnia dzięki „Infinito” osiągam efekt wow, drugiego pajęczych nóżek. 
  • „Lancôme, Hypnôse Volume”na samym początku muszę Wam zdradzić, że w przypadku tego produktu, nazwa mówi sama za siebie. Kilka pociągnięć po rzęsach i spojrzenie staje się hipnotyzujące za sprawą perfekcyjnego wachlarza nad naszymi źrenicami. Duży wpływ na to, z pewnością ma klasyczna, bujna szczoteczka, która dociera do każdego włoska. Działanie tego tuszu mogę porównać do „Max Facotr’a”, ale: ten lepiej radzi sobie z podkręceniem rzęs i nabiera nieco więcej mascary. Jego aplikacja jest dla mnie bajką! :)


Na koniec zostawiłam najbardziej ujmującą nowość. Zestaw srebrnej biżuterii od „SOUFEEL” (sklep internetowy TUTAJ).

Bez dwóch zdań są to świecidełka niepodważalnej jakości, o czym świadczy próba srebra 925 – to dla mnie istotny fakt, gdyż chcę aby moje dodatki służyły mi przez długie lata. Skupiając się na naszyjniku i kolczykach, postanowiłam dobrać komplet z kształtem księżyca i gwiazdki, które wypełnione są cyrkoniami. Uważam, że takie subtelne ornamenty mają charakter ponadczasowy i mogą służyć nam zarówno na co dzień, jak i od okazji. W kwestii pierścionka również starałam się zachować biżuteryjny minimalizm. Zależało mi na ozdobie, które nie będzie się rzucać w oczy, a mimo to doda szyku i będzie zawierać szlachetne kamienie. 

BIŻUTERIA -> KUPISZ TUTAJ-KLIK!
** Decydując się na zakupy koniecznie skorzystajcie z RABATU, który dla Was mam! 
Kod SHS10 upoważnia Was do wykorzystania 10% zniżki od jakichkolwiek produktów! **

wtorek, 27 czerwca 2017

LIKE ANGELS

Dzisiaj po raz kolejny mam dla Was dawkę dziur! Tyle tylko, że w nieco subtelniejszym wydaniu. Być może oskarżycie mnie o jednostajność i modową bierność – ale wierzcie mi na słowo, iż bywa, że nawet blogerka modowa nie ma ochoty wychodzić poza schematy i trzyma się tego, w czym czuje się dobrze. Warto też w tym miejscu podkreślić, że nie równa się to lenistwu, ani brakowi chęci. Osobiście, bez względu na porę roku, świetnie odnajduję się w „niekompletnych” spodniach i odcieniach różu… stąd poniższy look :) 

Chciałabym też przeprosić Was za dzisiejsze zdjęcia, a dokładnie: za ich prezentację. Tym razem nie udało mi się dogadać z ustawieniami, czego skutkiem są niedoświetlone kadry. Biorąc zaś pod uwagę fakt, że do samej tej sesji podchodziłam aż 3 razy (tak, to prawda!) – chyba nie jest tak źle, co? 
Mam nadzieję, że całość przypadnie Wam do gustu i wybaczycie mi ten techniczny błąd :D

zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

bluzka - BonPrix
sweter - TUTAJ-LINK
spodnie - DressLink 
torebka - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
buty - New Balance 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

INSPIRATION BY STREET STYLE | A (LITTLE) BIT OF ME

Witajcie Kochani!
Nie do wiary, że ponad połowa czerwca jest już za nami! Ostatnio coraz częściej moją uwagę przykuwa refleksja dotycząca tego, jak prędko przemija mi czas. Nie mam pojęcia, czy to przywara funkcjonowania w XXI wieku, moja beznadziejna organizacja, czy może życie na „pełnych obrotach”. Jedno jest pewne – dwadzieścia cztery godziny to dla mnie zdecydowanie zbyt krótka doba. Zaś pierwsze kilka tygodni ówczesnego miesiąca nie zasługuje na miano moich dni ;) 
Na dzisiaj przygotowałam dla Was zestawienie, które dosyć trafnie obrazuje moje pełne sprzeczności usposobienie. Casualowy sweterek w klasyczne, granatowo-białe paski jako uniwersalna część garderoby, idealnie komponuje się z kontrowersyjną resztą. Nietuzinkowe spodnie (LINK-KLIK) o kroju „boyfriend jeans” charakteryzują się swobodnością, a złote szpilki (LINK-KLIK) szykiem i wyrafinowaniem. Bez dwóch zdań to modowy misz-masz, nie dla każdego. 

** UWAGA! Wyprzedzam Wasze pytania. Zdjęcia robione były na dniach i są doskonałym dowodem na to, jak nieregularnie przedstawia się pogoda w Polsce :P **
zdjęcia: Karolina Dzbanuszek

sweterek - VILA Clothes
spodnie - TUTAJ-LINK (dziękuję bardzo za każde kliknięcie!)
buty - Ryłko


Podoba Wam się moja dzisiejsza stylizacja? Co sądzicie o takim zestawieniu? 
Czy Waszym zdaniem stanowi ono odzwierciedlenie współczesnego street-style’u?

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii i już oczekuję na komentarze :) Enjoy!